Mit pokolenia młodych - Michał Olszewski

Od 1989 roku nie zbudowaliśmy nawet podwalin nowego polskiego mitu, który pozwoliłby kolejnym rocznikom młodych Polaków lepiej poczuć się we własnym kraju Na początku swojej książki "Młodzi w nowym świecie", zapisu prowadzonych od 1996 do 2004 roku rozmów z licealistami, prof. Hanna Świda - Ziemba pisze: "Nie jesteśmy pokoleniem. Tę zdumiewającą, a zarazem charakterystyczną deklarację składali zgodnie licealiści Białegostoku, Kutna, Płocka, Warszawy, Torunia, gdy w latach 1996 - 1998 przeprowadzałam z nimi wywiady."

Jedno krótkie zdanie doskonale opisuje stan ducha roczników, wchodzących w dorosłość po 1989 roku, bo przecież nie jest wyłącznie suchą konstatacją - pod trzema słowami buzuje ogień narodowych emocji. Powiedzieć w Polsce Nie jesteśmy pokoleniem to wywrócić na nice zakorzenioną od bodaj 200 lat tradycję myślenia, w którym, mimo podejmowanych czasem wysiłków, "My" góruje niepodzielnie nad "Ja", to zdać raport z absolutnie odmienionego biegu historii i dać dowód, że się jest tej zmiany świadomym. To wreszcie wypełnić częściowo testament Gombrowicza z jego akcentowaną do bólu koniecznością indywidualizmu.

Wszystko pod warunkiem, że owo sformułowanie przyjmiemy za dobrą monetę. I tu zaczyna się problem: otóż brak spoiwa pokoleniowego jest dla młodych Polaków nie do zniesienia.

Nie jesteśmy pokoleniem oznacza w polskim wydaniu Jesteśmy towarem niepełnowartościowym. Z deklaracji i zachowań roczników, które w dorosłe życie wchodziły już po przemianach końca lat 80 - tych wynika, że brak wspólnych doświadczeń pokoleniowych to prawdziwe przekleństwo.

Marzy się więc przeżycie pokoleniowe, oczywiście z wielkiej litery, jakieś zdarzenie, które w końcu wyjaśni zbyt skomplikowaną rzeczywistość i spolaryzuje ją tak, by stała się przejrzysta. Może narodowy bunt przeciwko Giertychowi, może klasyczna rewolucja, z barykadą i atakiem na wroga. Jedyny sposób, by ułożyć świat, wkładając go w paradygmaty stosowane od dawien dawna. Słychać te głosy w publicystyce, wychodza w ankietach socjologów.

Ledwo zanikło "My", a już wokół słychać łkanie za zbiorowością, szerszą wspólnotą, w którą będzie można się wtulić jak w dziecięcy kocyk. Wolność okazuje się zadaniem zbyt trudnym, prezentem niechcianym i nieporęcznym.

***

Podejmowane w ostatnich latach próby znalezienia spoiwa pokoleniowego dla roczników urodzonych pod koniec lat 70 - tych i później są zjawiskiem zdumiewającym. Ponad 15 lat po przełomie 1989 roku Polska nie jest względnie czytelnym krajem, z jasno nakreśloną mapą konfliktów i aliansów. Przypomina raczej naczynie rozbite na drobne kawałki. Sklejanie go na siłę jest działaniem rozpaczliwym.

Jakie to spoiwo łączy dzisiejszych 25 - 30 latków? Co wspólnego mają ze sobą młodzi zwycięzcy z firm "Wielkiej Piątki", przedsiębiorcy, którzy rozpaczliwie próbują utrzymać swoje niewielkie firmy, troglodyci stadionowi, ich bezdomni rówieśnicy i zagonieni na śmierć absolwenci akademii medycznych? Czy w imię fałszywie pojmowanego solidaryzmu społecznego mam podpisać się pod sformułowaniem Jaśka Smoleńskiego - "Zawsze staję po stronie ludzi z dołów" ("Mój przewodnik Zygmunt Bauman" GW 31.12.2005)? Co zrobić, gdy człowiek z dołów okrada mnie w autobusie?

A może pójść drogą Kuby Wandachowicza, autora tekstu "Generacja NIC" i Jakuba Żulczyka, autora "Pokolenia 1200 zł brutto"? Obaj stosują klasyczny chwyt "Pars pro toto" (część za całość). Z nieokreślonej grupy głosów chcą stworzyć generacyjny chór. Piszą "pokolenie". To znaczy, że istnieje wspólny mianownik dla wchodzących w dorosłość Polaków.

A przecież data urodzenia, wspólny język i ten charakterystyczny grymas pychy pomieszanej z frustracją to stanowczo zbyt mało, by mówić o wspólnych dla jakiejś większej grupy cechach czy podwalinach nowego mitu. Mimo, że wydeptujemy te same chodniki, żyjemy w odmiennych rzeczywistościach. Wydawałoby się, że to truizm, jednak przypominam go, bo w sytuacji, kiedy uporczywie poszukujemy wspólnotowych podniet, nosi znamiona epokowego odkrycia.

***

Co ciekawe, na pozór szanse na to, by zbudować nowy polski mit, wydają się ogromne. Otóż wielu z ankietowanych w książce Hanny Świdy - Ziemby podkreśla, że w dojrzałe życie wchodzi bądź wchodziło pod rękę z poczuciem samotności społecznej.

Istnieje więc wśród młodych świadomość, że nie sposób już ogrzać się w cieple wspólnoty i pokoleniowych mitów! Starsze rodzeństwo przeżywało przełom roku 1989, rodzice mierzyli się ze stanem wojennym, Radomiem i wypadkami grudniowymi. Jeszcze wcześniej wojny, powstania, walka, ciągła walka wspólnoty o przetrwanie. A tu nic, cisza. Nie ma wspólnoty, nie ma wielkiej mitologii. Jest normalnie. Tylko kraj rodzącej się w bólach klasy średniej, pęczniejących przedmieść, zdobywanej z trudem małej stabilizacji, kraj pełnych półek, z ofertą nadmiaru, kraj poszatkowanego społeczeństwa, w którym każdy wędruje osobno. "Płaszcz Konrada" wylądował w kącie garderoby. A jeżeli już generacja idzie ramię w ramię, to w kolejnym marszu milczenia.

Młodzi Polacy wiedzą bądź przeczuwają, że zdani są przede wszystkim na siebie. Tylko ciężka, samotna praca, pozwoli przetrwać i odnieść upragniony sukces. Owszem, tradycyjne polskie wzorce - rodzina, religia - nadal istnieją, ale zniknęły w natłoku konkurencyjnych ofert. Hałaśliwa kultura klubowa lub kontemplacja podczas rekolekcji klasztornych, ruch narodowy, może kółko marksistowskie, a może ruch wyzwolenia zwierząt, może ćpanie do upadłego, a może totalna wstrzemięźliwość? Studia miłe, ale niepraktyczne, czy nudne, ale z perspektywą szybkiej stabilności finansowej? Może emigracja? Wszystko na wyciągnięcie ręki. Zanotuj adres, wejdź na stronę. Wiele, naprawdę wiele zależy od ciebie. Dylematy dzisiejszych dwudziestokilkulatków przypominają uczucie, jakiego doznajemy w wypełnionym po brzegi atrakcyjnymi towarami hipermarkecie.

Gdyby owo poczucie samotności zostało przyjęte jak wyzwanie a nie narzucony siłą styl życia, być może nie mielibyśmy do czynienia z kolejnym paradoksem: obok ciemnej strony Polski istnieje i jasna, a wbrew pesymistycznym deklaracjom duża część młodych Polaków w znakomity sposób sprawdza się w nowej rzeczywistości. Kłopot w tym, że jednocześnie trawi ich od wewnątrz wielki brak. Brak poważnej idei, mocnego mitu, który uzasadniłby nową drogę. Stąd zazdrość o heroiczne doświadczenia starszych pokoleń.

***

Mam pretensje do siebie jako dziennikarza. Do pisarzy, publicystów i polityków, że nie dosyć wyraźnie akcentują potrzebę nowego mitu. Nie udaje się jasno powiedzieć, że można uciec poza dychotomię, na którą składają się nieprzydatny w nowej sytuacji mit solidaryzmu i quasi - alternatywa w postaci kapitalizmu rodem z "Ziemi obiecanej". Przez minione 15 lat nie zbudowaliśmy żadnej rozsądnej alternatywy dla mitologii starszych braci i rodziców ani wynaturzonej wersji gospodarki rynkowej. Nie udało nam się wymyślić nawet podwalin nowego myślenia.

Nadal brakuje mitu człowieka uczciwego, który ciężką pracą osiąga sukces. Zarabianie dużych pieniędzy w Polsce traktowane jest jak zajęcie niegodne. Uczciwość i zamożność to pojęcia, które na tych szerokościach geograficznych absolutnie się wykluczają. Przywoływany już Jakub Żulczyk, zamiast przemilczeć kompromitujące wypowiedzi z forów internetowych bierze je najwyraźniej za dobrą monetę, cytując: "Wszystkie odpowiedzi na forum typu: <> zostają kwitowane odpowiedziami: <>, ewentualnie troską o stan zdrowia: <>. Jeżeli tak ma wyglądać zbiorowa świadomość mojego pokolenia, to ja się z niej z prawdziwą radością wypisuję. Typowy polski jad, który krąży w żyłach od pokoleń, jakoś mnie nie fascynuje.

Podobnie z wyjazdami młodych Polaków za granicę. W dyskusjach pobrzmiewają tony rodem z XIX - go wieku. Wyjechać to znaczy zdradzić ojczyznę, wyjechać to skazać ją na zalesienie i napływ barbarzyńców ze Wschodu. No, i dobrze. Czego bowiem uczą się młodzi ludzie, którzy widzą w telewizji rządy od 15 lat ustępujące pod pałkami górników? Jaki to mit zbudujemy dzięki pomocy bandziora Leppera i ludzi, którzy zamiast mówić o ulgach dla młodych biznesmenów biją pięścią w trybunkę i krzyczą "Ojczyzna", "Naród", "Zdrada"?

 roku, uznającym za niekonstytucyjny wolny dostęp do zawodu prawnika, określony ustawą z dnia 30 czerwca 2005 roku o zmianie ustawy Prawo o adwokaturze i niektórych innych ustaw, zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli o wsparcie działań Stowarzyszenia. Okazało się bowiem, że żyjemy w Rzeczpospolitej korporacyjnej wskutek czego zakłocone zostały najbardziej podstawowe mechanizmy wolnego rynku. Okazało się, że korporacje prawnicze stanowią część ustroju tego kraju, a zasada, że o prawie do wykonywania zawodu decyduje potencjalny ekonomiczny konkurent, została utrwalona w art 17 Konstytucji. To właśnie w interesie publicznym i dla jego ochrony, korporacje ograniczają młodym ludziom dostęp do zawodu, a obywatelom dostęp do pomocy prawnej.

Nie udało się stworzyć obrazu Polski jako kraju skomplikowanego, w którym żyją nie tylko frustraci, drapieżni biznesmeni i głupcy.

Z jak najbardziej zrozumiałych przyczyn nie powstał w Polsce mit zdrowego egoisty, który najpierw porządkuje własny ogródek, stara się żyć uczciwie i z szacunkiem dla wolności innych, a dopiero w drugiej kolejności zabiera się do porządkowania świata zewnętrznego, o ile czuje potrzebę. Takie postawienie sprawy wygląda na bluźnierstwo. Doświadczenie wielu pokoleń uczy przecież, że nie można być uczciwym obywatelem, płacąc jedynie podatki i dbając o najbliższy kawałek przestrzeni. Ojczyzna wymaga gestów dramatycznych, a najlepiej daniny z krwi.

***

Tych błędów znalazłoby się z pewnością więcej. Są przede wszystkim efektem starych mitologii, których siła zdumiewa. Niby zdajemy sobie sprawę z ich archaizmu, ale nadal dominują i trzymają nas w łapie. Przy rozmowie o stanie ducha polskich trzydziestolatków wyciągamy z szafy szkielet metodologicznego trupa: liczba mnoga, odmieniane na najróżniejsze sposoby słówko "my", nadzieja, że istnieje spoiwo jednoczące w całość zatomizowane jednostki. Tęsknota za cudzymi czasami, kiedy świat był prostszy a nadmierna liczba barykad nie mąciła w głowie. Kiedy szło się ramię w ramię. A do tego przekonanie, że wszyscy ujęci w ramy zbiorowego portretu mają wspólne doświadczenia życiowe. Nie trzeba dodawać, że traumatyczne, naznaczone cierpieniem bólem, poczuciem niemożności albo gniewem. I tylko czekamy, by zatańczyć w rytm dobrze znanych melodii.

Mogą to być piosenki z Powstania Warszawskiego. Mitologia tego zdarzenia odkrywana jest na nowo i nadal zachowuje swój dwuznaczny powab. Na koncertach punkowej grupy Lao Che, która nagrała powstańcze piosenki w nowych aranżacjach, skaczą obok siebie punki, grzeczne dziewczyny i narodowcy. Nie tylko dlatego, że muzyka dobra i skoczny rytm. Również dlatego, że mit powstańca pociąga jak mało który. W takich historiach czujemy się najlepiej.

Są i inne rytmy. Pomarańczowa Rewolucja i śmierć Jana Pawła II natchnęły do zrywu młodych, jakiego Polska od 1989 roku nie widziała. Po ponad roku, kiedy emocje opadły, pytam o istotę tych poruszeń. I jestem przekonany, że nie chodziło w nich ani o nagle rozbudzone zainteresowanie polityką międzynarodową, ani o manifestację gorliwości religijnej. Na ulicę wypędziła młodych Polaków przede wszystkim możliwość przeżycia wspólnotowego. Oto Historia poszła na ustępstwa i sprezentowała wyśmienite okazje do zbudowania mitu pokoleniowego. W końcu razem i zjednoczeni, ponadpolityczne zaciągi na wybory ukraińskie, kibice wrogich drużyn na klęczkach, histeria publicystów zwiastujących narodziny nowego pokolenia. Nareszcie prosty świat, z czytelnymi kierunkowskazami, znanym z legend ruchem masowym.

Nie chcę umniejszać wartości tamtych dni. To był wspaniały czas i piszę to bez ironii, bo przecież sam czułem dumę z wreszcie ujawnionej lepszej strony polskości. Traktuję je jednak jak chwilową przerwę w samotności, jak moment zbiorowego upojenia, po którym musi przyjść otrzeźwienie. A wraz z otrzeźwieniem pytanie: cóż takiego, oprócz krótkotrwałej wspólnoty sytuacyjnej zdarzyło się podczas tych dwóch poruszeń? Czy zmieniły one na dłużej stan ducha młodych Polaków?

Nie jestem w stanie w to uwierzyć.

***

Mianownikiem, nad który można wciągnąć poszukujące tożsamości roczniki jest mianownik zerowy. Czyli w matematyce szkolnej nieistniejący. Dzielić przez zero to sprzeczność, której dzieciom się zabrania. W przestrzeni społecznej możemy jednak wykorzystać ją jak najbardziej. Ponad 15 lat od upadku komunizmu warto byłoby przyswoić matematykę bardziej skomplikowaną.

I powiedzieć sobie, że podstawowym wspólnym doświadczeniem jest doświadczenie osobności. Wymaganie od tej rzeczywistości czegoś innego oznacza, że chcemy cofnąć się w czasie i stosować do rozbioru świata skorodowane narzędzia. Oddalamy się od siebie, żyjemy coraz szybciej, nasze życie przypomina ciągi byle jak skleconych scen. Panuje nad nami jednorazowość, żyjemy w kulturze fragmentu. Nie mamy wspólnych doświadczeń, oprócz dobranocek i roweru wigry 2 na komunię, łączy nas niewiele, i wiele wskazuje, że będzie łączyć coraz mniej. Żadnych poważniejszych traum, żadnej krwi przelanej w obronie ojczyzny.

Co tu kryć: roczniki Polaków, które wchodziły w dojrzałość w nowej Polsce, to nie jest materiał na tradycyjne pokolenie. Ale naprawdę nic w tym złego.